A droga długa jest

Sobota, Żory, planowany start 11:00, rzeczywisty start: 13:00. Życie zweryfikowało nasze plany o 2 godziny (przepakowywanie, kawka/herbatka, rogaliki z czekoladą, przywiezione przez Dina, spotkanie z załogą Subaru, która w ostatnim momencie odpadła z wyprawy przez kontuzję Mariusza, itp itd).

Ruszyliśmy, traktując Słowację i Węgry (gdzie wrócimy w ostatnim etapie naszej podróży) trochę jak środek do celu, jakim w tym momencie jest Rumunia.

Niedziela – jesteśmy na miejscu. Rumunia nie zawodzi. Urzekły nas małe, malownicze miasteczka, jakby zaniedbane umyślnie albo z braku czasu. Choć ten argument byłby podejrzany, bo czas tu płynie wolno. W niedzielny wieczór w Rinari (rodzinnej miejscowości Emila Ciorana. Taaak, czasem warto się wybrać w świat z absolwentami filozofii) cała wioska przesiaduje na małych ławeczkach na chodniku przed domami. I tak toczą się wieczorne rozmowy Rumunów.

Poniedziałek – deja vu, bo Trasa Transforgarska do złudzenia przypomina Troll Stiegen z naszej zeszłorocznej wyprawy. W skrócie grubo ponad 100 km pod górę i z góry, malownicze widoki, ogromna przestrzeń i przekonanie, że odwiedzając Rumunię trzeba tu być.

I uwaga – dalej poniedziałek. Zjeżdżamy z Trasy Transfogarskiej, zatrzymujemy się przy zaporze wodnej na dużym zbiorniku, robimy zdjęcia, zbieramy się do wyjazdu, bo dziś napięty dzień – zamek Drakuli i Bukareszt. Jest 12:30. I nic. WV nie odpala, klemy nie pomagają. Obstawiamy śmierć akumulatora, sprawcą miałaby być lodówka turystyczna. I tak czekamy na pomoc w ramach ubezpieczenia do 17:30. Okazuje się, że lodówka była łaskawa i jedynie rozładowała akumulator. Zabrała nam też odwiedziny u Draculi i nocne zwiedzanie Bukaresztu. Ten drugi punkt zaliczyliśmy we wtorek rano. Wrażenia? Miasto eklektyczne, pozlepiane z różnych założeń architektonicznych, a czasem jakby bez specjalnego przemyślenia i zamysłu. Cóż, Bukareszt nie zachwyca.